Ojczyzna jest naszą matką ziemską. Polska jest matką szczególną. Niełatwe są jej dzieje, zwłaszcza na przestrzeni ostatnich stuleci. Jest matką, która wiele przecierpiała i wciąż na nowo cierpi. Dlatego też ma prawo do miłości szczególnej.

Jan Paweł II

…by ukryć się za postacią - z Piotrem Piechą, aktorem Teatru Ludowego, reżyserem, scenarzystą edukatorem teatralnym o aktorstwie, jubileuszu 30-lecia pracy zawodowej, o fascynacji spuścizną świętego Jana Pawła II, pracy z młodymi ludźmi rozmawia Dominika Jamrozy. Kolejne spotkanie w ramach cyklu „Rozmowy Sceny Papieskiej”.

Dominika Jamrozy: Na czym był Pan ostatnio - jako widz - w teatrze? 
Piotr Piecha: Na przedstawieniu prezentowanym przez studentów krakowskiej PWST pt. „Do dna” w reżyserii Ewy Kaim.

DJ: Miły zbieg okoliczności, ja również. Jestem pod wrażeniem tego spektaklu, pracy jego twórców i wykonawców. Młodzi aktorzy znakomicie odnajdują się w tej stylistyce, są pięknie poprowadzeni. Chapeau bas!
PP: Zgadzam się. Występuje w nim moja sceniczna koleżanka, Weronika Kowalska. Gram z nią w Teatrze Ludowym w spektaklu „Krakowskie abecadło” w reżyserii i choreografii Maćko Prusaka, który z kolei w spektaklu „Do dna” opracował choreografię. Przedstawienie „Do dna” pokazuje również, jak wspaniale z tak trudnym materiałem i postawionym zadaniem poradzili sobie młodzi ludzie. Śpiewanie takich tekstów, napisanych archaicznym czy ludowym językiem jest nie lada wyzwaniem.

DJ: Skoro przywołaliśmy krakowską PWST, która nie tak dawno świętowała swoje 70-lecie, to może przy tej okazji przymponijmy: ukończył ją Pan w 1987 roku i od razu związał się z Teatrem Ludowym w Krakowie. Czy to oznacza, że w tym sezonie obchodzi Pan okrągły jubileusz pracy artystycznej? Przy tej okazji zapytam od razu o pedagogów, którym zawdzięcza Pan najwięcej, pozostali autorytetami?
PP: Tak się szczęśliwie złożyło, że 1 maja 1987 roku podpisałem umowę o pracę. Była to końcówka sezonu 1986/87 i na tej podstawie mogę powiedzieć, że w Teatrze Ludowym występuję obecnie 31. sezon. Już wtedy wszedłem w próby „Baśni o Rycerzu Gotfrydzie” H. Górskiej. Do tej pracy zaprosił mnie dyrektor Henryk Giżycki, który po naszym wspólnym - z kolegą Jarkiem Szwecem - zaproszeniu, bywał na przedstawieniach, by ocenić czy widzi nas w swoim zespole. Po premierze trzeciego spektaklu dyplomowego, a była to „Mirandolina” C. Goldoniego w reżyserii Anny Polony - wcześniej „Bal w operze” J. Tuwima (w reż. Marty Stebnickiej) i „Ferdydurke” W. Gombrowicza (w reż. Waldemara Śmigasiewicza) - pan Giżycki przyszedł do naszej garderoby i powiedział: „Zapraszam Panów do podpisania umowy o pracę”.

DJ: Rozumiem. Dostał Pan angaż w Teatrze Ludowym na IV roku studiów.
PP: Tak. Pyta mnie Pani o moich nauczycieli, tych którym wiele zawdzięczam, a ja odpowiem tak: to są wszystkie osoby, które uczyły mnie zawodu od pierwszego do ostatniego roku studiów. Musiałbym otworzyć indeks i podać Pani bardzo długą listę tych nazwisk.

DJ: A może jednak?
PP: Podaję je zatem z indeksu pamięci, według nazw przedmiotów, które wykładali. Moją grupę, przedmiotu o nazwie Elementarne zadania aktorskie uczyła Maria Kościałkowska, Scen klasycznych i współczesnych - Maria Kościałkowska, Anna Polony, Edward Linde-Lubaszenko, Wymowy - Danuta Słomczyńska, Jerzy Święch, Wiersza - Danuta Michałowka, Halina Zaczek, Prozy - Jerzy Święch, Piosenki - Marta Stebnicka, Tańca - Maria Dymitrow, Marta Mirocka, Plastyki ruchu scenicznego - Zofia Więcławówna, Jadwiga Leśniak-Jankowska, Rytmiki- Bogusława Targosz, Pantomimy – Krzysztof Jędrysek, Judo i dyscyplin sportowych – Marek Lech, Szermierki – Maria Sołtan, Umuzykalnienia i śpiewu chóralnego – Halina Król, Charakteryzacji – Andrzej Kruczyński, Impostacji głosu – Alicja Sławecka. U boku pani profesor Sławeckiej w czasie studiów byłem asystentem, a potem dzięki tej współpracy, uczyłem w krakowskiej PWST przez 11. lat Impostacji głosu - dziś występuję z moimi byłymi studentami. Dzięki Krystynie Spiegel poznałem, jakie były Obyczaje dawniej i dziś, Teorię wymowy wykładał Roman Stankiewicz, Historii dramatu i teatru powszechnego oraz polskiego uczyli nas Jacek Popiel i Włodzimierz Szturc, Antoni Szoska - Socjologii kultury, Janusz Wałek - Historii sztuki, Zbigniew Wyszyński wprowadzał w świat Historii i teorii filmu, Jan Snopek - Filozofii, Andrzej Kurz – Podstaw nauk politycznych, Lektorat z Języka angielskiego prowadziła Hanna Krzesz, a z Języka rosyjskiego – Lidia Majewska, Szkolenie wojskowe (a jakże!) – odbywało się pod dowództwem płk pilota dypl. Edwarda Cyganika, natomiast Krzysztof Miklaszewski był promotorem mojej pracy dyplomowej.

DJ: A jak brzmiał jej tytuł?
PP: „Komisarz w Żegnaj, Judaszu Ireneusza Iredyńskiego – moja praca nad rolą”. To było bardzo ciekawe doświadzenie, ponieważ grałem czarny charakter, a miałem wówczas urodę cherubinka.

DJ: Czyli wyzwanie, zadanie aktorskie wbrew warunkom.
PP: Tak, uważam, że właśnie w szkole m.in. takie wyzwania powinno stawiać się młodym, tak z nimi pracować. Kiedy rozpoczynałem studia, rektorem była pani Danuta Michałowska, kiedy studiowałem na IV roku, rektorem został wybrany pan Jerzy Trela, który zafundował nam wspaniałą przygodę, tzn. warsztaty z tuzami sceny, chyba takiego słowa mogę użyć. Były to zajęcia dodatkowe - całotygodniowe, 10-dniowe - z osobowościami aktorsko-reżyserskimi, m.in. z Teresą Budzisz-Krzyżanowską, Jerzym Bińczyckim, Janem Englertem, Tadeuszem Łomnickim, Janem Nowickim, Wiktorem Sadeckim. Było się od kogo uczyć.

DJ: Rzeczywiście, zdobywanie wiedzy i warsztatu pod okiem najlepszych. Zagrał Pan w ponad 80. spektaklach, stworzył tyle samo ról...
PP: ...tych ról jest więcej. Sądzę, że około 120., ponieważ wielokroć w spektaklu gram kilka postaci. Zwłaszcza w spektaklach dedykowanych najmłodszym widzom. Dzisiaj z perspektywy lat muszę powiedzieć, że ta praca daje mi bardzo dużo satysfakcji, uczę również tego zawodu. Cieszę się, że moi wykładowcy, którzy przecież bywali na premierach w Teatrze Ludowym, czy moi studenci, nie zgłaszali nigdy reklamacji.

DJ: W swojej pracy wykorzystuje Pan muzyczne wykształcenie.
PP: Ukończyłem szkołę muzyczną pierwszego stopnia, gram na akordeonie i na saksofonie. Muzyka była i jest dla mnie ważna, wyniosłem to z domu - moja mama pięknie śpiewa, a siostra gra na flecie poprzecznym. To ważna tradycja. Chcę też powiedzieć, że mój tato jest malarzem, rzeźbiarzem.

DJ: Czyli wszystko jasne – dom „z artystyczną duszą”. Od zawsze wiedział Pan, że zostanie aktorem?
PP: Nie, nie wiedziałem. W tym wyborze pomógł mi m.in.: … Gustaw Holoubek…

DJ: …o…
PP: ... to była ostatnia sobota kwietnia, przed maturą, jechałem autobusem, stałem tuż za kierowcą i słuchałem audycji radiowej - wywiadu z Gustawem Holoubkiem. Redaktor zadał mu dokładnie to pytanie i wtedy Holoubek odpowiedział mniej więcej tak, że w pewnym momencie życia zdał sobie sprawę, iż aktorstwo uprawia właściwie od zawsze, że przynosi mu to radość, a ci, którzy go słuchają, patrzą na niego - mówią, że robi to dobrze. I ta myśl zadecydowała o jego wyborze, kształceniu się w tym kierunku. Słowa mistrza Holoubka były dla mnie – gdy miałem 18 lat - bardzo ważne. Uświadomiłem sobie, że właściwie cała moja dotychczasowa droga, nauka na instrumentach, występy, taniec, konkursy recytatorskie, uprawianie różnych dziedzin sportu były mi potrzebne do nauki tego zawodu właśnie, że lekcje odrabiam błyskawicznie po to, by szybko pobiec na próby koła dramatycznego, wspierają mnie w tym rodzice, a moje występy poruszają innych. Myślę, że jak kiedyś spotkam pana Holoubka „w dolinie Jozafata”, na pewno mu podziękuję.

DJ: Czyli jak rozumiem była to nagła zmiana planów. Najpierw chciał Pan podjąć studia na Politechnice Gliwickiej…
PP: … i studiować budowę maszyn. Zresztą dzisiaj tak postrzegam teatr - jako wielką machinę. Wielokrotnie reżyserując czy będąc asystetem reżysera biorę udział w konstruwaniu tej maszyny - zbiorowej pracy wielu ludzi, także tych ukrytych za sceną. Te machinę tworzą scenografia, muzyka, choreoografia, ruch, światło, gra aktorska.

DJ: A propos aktorstwa, czym jest dla Pana ten zawód? Misją, powołaniem, pracą jak każda inna?
PP: Może po trochu tym wszystkim. Aktorstwo jest piękne, kolorowe, ale wymaga też od nas dyspozycyjności, mobilizacji i wpisanej w tę pracę powtarzalności. Dziś wiem, od koordynacji pracy artystycznej teatru, że za miesiąc, o tej porze będę grał w określonym przedstawieniu. I muszę – niezależnie od okoliczności, mojego samopoczucia - w tym momencie być gotowy do występu. W repertuarze Teatru Ludowego są takie przedstawienia, które na afiszu pojawiają się już10. czy 15. sezon, np. „Pyza na polskich dróżkach” czy „Błysk rekina”. I muszę powiedzieć, że za każdym razem gra się nam wspaniale, bo na widowni siedzi zawsze inny widz i to jest premiera, dla niego i dla nas. Z mojej strony – mówię oczywiście o swoich przeżyciach - ekscytacja jest ta sama, może pewność - większa, ale zawsze jest to spektakl grany dla widowni „premierowej”.

DJ: Rozumiem, dotykamy tego, co w teatrze podstawowe czyli relacji i interakcji: aktor – widz. By jednak widza poruszyć trzeba „gęstej” roli.
PP: Postaci, daję wszystko, czym tylko mogę ją od siebie obdarzyć, ale ważny wkład w jej ostateczny kształt mają również inni współtworcy przedstawienia. Moja gra jest wynikiem, konsekwencją splotu różnych działań, innych postaci. Jest taka opowieść, którą lubię przytaczać. Przed laty w filmie grają sir Laurence Olivier i Dustin Hoffman. Ten ostatni, młody wówczas aktor, przed jednym z ujęć biega, gimnastykuje się, podskakuje. Sir Olivier pyta: „A co Pan tu robi, panie kolego?” Hoffman odpowiada, że jego zadaniem jest wbiec w ujęcie zmęczonym, zdyszanym. Na to Olivier mówi: „A nie mógłby Pan tego zagrać?”. Tyle. Dla mnie istotnym elementem jest również nasze, zespołu aktorskiego wejście w świat wyobraźni reżysera. W teatrze najbardziej lubię próby. Mówi się też, że dobry jest dla zespołu „płodozmian reżyserów”. Spotkanie z reżyserem, nawet sporo młodszym ode mnie, może być bardzo ciekawe. Ten człowiek może więcej wiedzieć ode mnie, niż ja sam. Zawsze jestem gotowy do współpracy, do końca, do ostatniej próby przed premierą, nawet w przerwie spektaklu.

DJ: Jak nazwać taką postawę? Pokorą, otwartością?
PP: Nazwałbym ją zachłannością na spotkanie z wyobraźnią drugiego człowieka.

DJ: Lista reżyserów, z którymi Pan pracował jest bardzo długa. To m.in.: Krzysztof Orzechowski, Grzegorz Wiśniewski, Rudolf Zioło, Jerzy Fedorowicz, Jerzy Stuhr, Włodzimierz Nurkowski, Marek Fiedor, Katarzyna Deszcz, Andrzej Sadowski, Jan Szurmiej, Paweł Kamza, Marek Wrona, Paweł Szumiec, Jarosław Szwec, Czesław Sieńko, Tomasz Svoboda, Jacek Bunsch, Andrzej Celiński, Inka Dowlasz, Piotr Męderak, Fred Apke, Iwona Jera, Piotr Sieklucki, Małgorzata Bogajewska, Maćko Prusak i wielu innych…
PP: Od każdej z tych osób bardzo dużo otrzymałem. To skarbnica doświadczeń, których nikt mi nie zabierze. Nawiązując do początku naszej rozmowy - wszyscy nauczyciele, począwszy od szkoły, aktorzy, reżyserzy, choreografowie, których spotkałem, spotykam na danym etapie życia i pracy są moimi mistrzami, właśnie w tym momencie, w tym czasie.

DJ: Czyli jak rozumiem nie usłyszę odpowiedzi na pytanie o Pana „zawodowy punkt odniesienia”?
PP: Kim bym był gdybym nie był aktorem? Na pewno tym, który aktorów by podziwiał. Patrzę też na nasz zawód poprzez różne gatunki, np. Filmu: mistrzów kina niemego, komedii, na genialnych amantów i czarne charaktery, trochę jak malarz, który kocha barwy, chociaż używa różnych farb: olejnych, akwareli, pasteli. Moje podejście jest takie właśnie. Gdy wychodzę z teatru i nie poznaje mnie widownia, to cieszę się najbardziej.

DJ: W to nie wierzę!
PP: To nie jest kokietowanie. Zawsze chcę ukryć się za postacią. Powiem więcej, gdy po spektaklu spotykam się z widzami pozostaję w kostiumie i w charakteryzacji z przedstawienia, ponieważ uważam, że nie ja, ale moja rola powinna pozostać w ich pamięci. W Teatrze Ludowym ściśle współpracuję z panią Lidią Jargosz-Porębą, mistrzynią fryzjerstwa i charakteryzacji, wiele jej zawdzięczam w twórczej pracy nad rolą. W starożytnym teatrze twarz aktora schowana była za maską, nie tylko po to, by wzmocnić jego głos, ale maska ukrywała jego twarz niczym kaptur, który zasłaniał twarz kata.

DJ: Mocne porównanie. Maska wskazywała też gatunek dramatu (komedię, tragedię), graną postać. Cały kostium właściwie temu służył.
PP: Tak, ale aktor był za tym wszystkim ukryty. A teraz mówi się: „jak Pan, Pani śmie”. I tak być nie powinno. Chcę jednak podkreślić z całą stanowczością, że aktor to nie jest człowiek tylko do wynajęcia. Zapytany: czy potrafię zagrać wszystko, odpowiem: tak, bo nie chcę się ograniczać. Zagram wszystko lepiej, gorzej, ale zagram. Najważniejsze pytanie brzmi inaczej: czy zdecyduję się to zagrać? czy przyjmę taką propozycję? To jest właśnie nasza wolność wyboru.

DJ: Również tak to postrzegam. Kontynuujmy zatem. „Skazany na bluesa” w reżyserii Jana Kidawy -Błońskiego - tu rola Pawła Bergera (2005 r.), „Bóg w Krakowie” w reżyserii Dariusza Reguckiego - postać doktora Modrzewskiego (2016 r.) czy nieco inny gatunek - fabularyzowany dokument pt. „Kabaret śmierci” w reżyserii Andrzeja Celińskiego (obraz z 2014 r.), w którym zagrał Pan Lagerführera w obozie pracy w Kurowicach.
PP: Wszystki wymienione przez Panią role filmowe, a zwłaszcza ta ostatnia są dla mnie ważne. W „Kabarecie śmierci” zagrałem wiedeńczyka, mówiłem po niemiecku z akcentem wiedeńskim, chociaż tego języka nie znam, w postsynchronach jest też mój własny głos. A to film ważny, można powiedzieć, że otrzymał Telwizyjnego Oskara w Las Vegas. Andrzej Celiński wyreżyserował w Teatrze Ludowym „Opowieści o zwyczajnym szaleństwie” Petra Zelenki. Zrobił też wspólnie z Hanną Polak krótki film dokumentalny o bezdomnych dzieciach, pt. „Dzieci z Leningradzkiego”, (pierwotny tytuł: „Dworcowa ballada”) nominowany w 2005 roku do Oscara w swojej kategorii.

DJ: Znam ten obraz, niezwykle przejmujący. Wciąż o wyborach mowa. Wiem, że twórczość Karola Wojtyły – Jana Pawła II jest Panu bardzo bliska, że ją Pan dobrze zna.
PP: Ważna jest dla mnie właściwie od zawsze i cały czas taką pozostaje. Czy ją dobrze znam? Czytuję ją, sięgam do niej. Przed laty zostałem zaproszony do udziału w pięknym przedsięwzięciu, które miało miejsce w kościele pw. świętych Piotra i Pawła w Krakowie. Od kwietnia 2005 roku, co miesiąc, w pierwszą niedzielę odbywały się tam Msze Święte najpierw w intencji o beatyfikację, a potem o kanonizację Papieża -Polaka. Na każdej mszy miało miejsce świadectwo kapłana, który wspominał Ojca Świętego, a po Eucharystii odbywał się koncert muzyki poważnej przeplatany moją recytacją dzieł literackich, homilii, przemówień, encyklik Jana Pawła II. Święty Jan Paweł II jest moim autorytetem. Tak mi się wydaje, to mój osobisty sąd, że Papież-Polak całe swoje życie oparł na idei, którą zawarł w Encyklice „Redemptor Hominis”…

DJ: …była to pierwsza encyklika Jana Pawła II, ogłoszona w 1979 roku…
PP: …Odkupiciel oddał życie za każdego człowieka, także tego, który nic o Chrystusie nie wie. Nasza wiara jest bramą, przez którą każdy może przejść, jest otwarta dla wszystkich. I to jest właśnie wybór, którego możemy w swoim życiu dokonać.

DJ: To bardzo osobiste wyznanie, świadectwo. Dziękuję za nie. Czy może się Pan podzielić swoim wspomnieniem, wspomnieniami związanymi z osobą Jana Pawła II.
PP: Będąc dzieckiem, kilkakrotnie wraz z mamą jeździłem w sierpniu do Kalwarii Zabrzydowskiej na uroczystości Maryjne. Przyjeżdżał na nie ówczesny metropolita krakowski ks. kardynał Karol Wojtyła. Pamiętam, pewnego wieczoru, udaliśmy się na wyjątkowe spotkanie, ponieważ mamę zaintrygowało zachowanie młodzieży, która zamiast spać, wychodziła pod wieczór, a potem wracała taka szczęśliwa, rozentuzjazmowana, rozśpiewana. I staliśmy się świadkami niezwykłego wydarzenia, przeżycia. Wszedł ksiądz kardynał Wojtyła, na powitanie rozłożył w charakterystyczny dla niego sposób ręce i powiedział: „Witajcie moi młodzi, długowłosi przyjaciele!” Zapamiętałem te słowa. Miałem wówczas, w 1974 roku 10 lat i zastanawiałem się, czemu wciąż mam krótkie włosy. Młodzież powitała go głośno, serdecznie, a potem zapadła cisza, on mówił, śpiewał z nimi, modlił się. Już wtedy wołaliśmy „Zostań z nami!”. Po latach, kiedy słyszałem te słowa pod Oknem Papieskim, nie były dla mnie zaskoczeniem. Kardynał Wojtyła, Papież Jan Paweł II był niezwykłą osobowością, duchowym przewodnikiem, to nie był ktoś, kto umizguje się do młodych ludzi, nie. Mówił o wierze, o Bogu, o dekalogu, o trudnych sprawach, pięknie mówił. Niestety nie miałem możliwości bezpośredniego z nim spotkania. Na Błoniach podczas mszy świętej w 1999 roku, wtedy, kiedy pozostał w Domu przy ul. Franciszkańskiej, czytałem Słowo Boże. Miałem wtedy nadzieję się z nim spotkać, tak było to zaplanowane, ale życie przyniosło inny scenariusz.

DJ: Pamiętam tę wyjątkową mszę świętą, w strugach deszczu… Związał Pan swoje życie z Krakowem, zamieszkał w dzielnicy Nowa Huta. Obok pracy na swojej macierzystej scenie działa Pan na wielu zawodowych polach, m.in. przy ważnym dla Krakowa, dla Kardynała Wojtyły Kościele „Arka Pana”.
PP: Od ponad 20 lat, co roku z Bractwem Lektorów Dorosłych przygotowujemy w Niedzielę Palmową śpiew opisu Męki Pańskiej.

DJ: I nie bez powodu przywołuję tę pracę, ponieważ ten temat – wątek Męki Pańskiej – jest Panu szczególnie bliski w pracy z miłośnikami teatru. Trwamy w okresie Wielkiego Postu, czasu przygotowującego nas do przeżycia raz jeszcze Zmartwychwstania Pańskiego.
PP: To prawda. W dzieciństwie bywałem w Kalwarii Zebrzydowskiej w sierpniu, ale też uczestniczyłem w Misterium Męki Pańskiej. W latach 80., w Żywcu moja parafia odzyskała Dom Katolicki wyposażony w małą sceną i wtedy zaangażowałem się w prace koła dramatycznego, które wystawiało Misterium Męki Pańskiej na kanwie scenariusza pozyskanego od krakowskich Salezjanów. Grałem w tym misterium rolę Judasza. Wtedy „na własnej skórze” zetknąłem się z formą przedstawienia misteryjnego.

DJ: A potem, już w Krakowie, podjął Pan współpracę z Salezjanami…
PP: Tak, przez 10 lat pomagałem przy realizacji Misterium Męki Pańskiej, już na bazie innych scenariuszy. Przez 20 lat współpracowałem z Księżmi Sercanami w Stadnikach. Od 1990 roku pracuję nad logotechniką i emisją głosu, obecnie wykładam na UPJP2 na pierwszym roku wydziału teologicznego specjalności kapłańskiej. Wcześniej również współpracowałem z krakowskim seminarium. Tu poznałem m.in. kleryka Sławomira Kowalskiego. Kiedy ksiądz Kowalski został wikariuszem w „Arce Pana” to z grupą studentów inscenizowaliśmy tu Drogę Krzyżową, gdy został wikariuszem w Nowym Targu to zaprosił mnie tam do współpracy i założyliśmy grupę „Misterium”. To prawie stu osobowy zespół, z którym działam do dziś ( obecnie opiekuję się tą Grupą ks. Jan Karlak, Proboszcz nowotarskiej parafii pw. Św. Jana Pawła II). Kontynuując - podobny zespół stworzyliśmy później z ks. Kowalskim w Makowie Podhalańskim. Od kilku lat współpracuję z Myślenicką Grupą Misterium, działającą przy parafii Narodzenia Najświętszej Maryi Panny, pracując również nad tą formą teatru, w którą zaangażowani są wierni.

DJ: Słowo misterium oznacza tajemnicę…
PP: Dokładnie tak staram się pracować i tworzyć te spektakle. One nie mają być tylko ciekawymi wizualnie przedstawieniami. Zawsze chcę żeby to była modlitwa, zanurzenie się w rozważaniach o Męce Pańskiej. Nie „dyskutuję” z Ewangelią, ta historia zawsze jest taka sama. Chcę przeprowadzić widza przez Drogę Krzyżową głównie poprzez rozważania i pokazać mu, że nie tylko na śmierci i zmartwychwstaniu kończy się nasza opowieść. Dzięki Zmartwychwstaniu Chrystusa zbawianie świata trwa. Chcę też powiedzieć Pani, bo chcę to podkreślić, że w tych działaniach pracuję z osobami, które nie są profesjonalistami, ale to nie znaczy, że nie działają profesjonalnie. Dbamy o słowo, wykorzystujemy ich talenty wokalne, taneczne, plastyczne. Z niektórymi osobami pracuję już 15. lat i widzę bardzo dobre efekty naszej wspólnej pracy.

DJ: Tworzenie zespołu opartego na aktorach-amatorach wymaga czasu, to proces.
PP: Ależ oczywiście.

DJ: Od roku jest Pan zaangażowany w jeszcze inny bardzo interesujący projekt związany z Kalwarią Zebrzydowską i Zebrzydowicami.
PP: To przedsięwzięcie wiąże się z obchodami 400-lecia lokacji Kalwarii Zebrzydowskiej i nazywa się „Zebrzydowski 2017”. Zostałem do niego zaproszony przez Stowarzyszenie Dobroczynne im. Mikołaja Zebrzydowskiego, na czele z prezesem księdzem doktorem Tomaszem Szarlińskim. Stowarzyszenie to działą przy Konwencie Braci Bonifratrów w Zebrzydowicach. To wspaniała grupa osób, która lokalnej społeczności chce przybliżać postać marszałka wielkiego koronnego, Mikołaja Zebrzydowskiego, osobę niezwykłą, barwną, nie tylko w kontekście często przywoływanego rokoszu, ale poprzez działalność tego człowieka, która i w minionym Roku Miłosierdzia, i w tym roku, któremu patronuje święty Brat Albert, zasługuje na przypomnienie. Zebrzydowskiemu zawdzięczamy ufundowanie klasztoru Ojców Bernardynów, słynną na cały świat Kalwarię, on sprowadził do Zebrzydowic Ojców Bonifratrów, ufundował tam szpital dla żołnierzy, był filantropem. Zmarł w 1620 roku. I dokładnie w 400-tną rocznicę jego śmierci ten projekt powinien się zakończyć. W Zebrzydowicach, przy Konwencie, działa Dom Pomocy Społecznej, moje wielkie słowa uznania dla wszystkich Pracowników DPS-u!!!, w którym - obok wielu zajęć organizowanych dla podopiecznych - realizowane są również Warsztaty terapii zajęciowej. To kolejne ważne dla mnie doświadczenie. Każdemu z nas potrzebne jest „spojrzenie w przyszłość”. Zależy nam na tym, by tej społeczności dać perspektywę działania. Ten projekt nie zakłada tylko pracy z osobami niepełnosprawnymi, ale też z dziećmi, z młodzieżą. Tak sobie teraz myślę, w kontekście biografii Mikołaja Zebrzydowskiego, że każdy z nas – tak jak on to zrobił - powinien szukać miejsca w swoim życiu, zostawić jakiś ślad. Nikt nie zadał Zebrzydowskiemu pytania czy w takich kategoriach myślał. Był panem, który sprzeciwił się królowi. Trudno powiedzieć, ale chyba potem zweryfikował swoje życie, „postawił” na zupełnie inne wartości. Dla mnie to taki bohater przypominający Andrzeja Kmicica czy Jacka Soplicę, ale nie literacki, tylko prawdziwy. W ten projekt wpisane są wykłady, odczyty, panele dyskusyjne, kręcony jest obecnie film, w którym powierzona mi została rola Mikołaja Zebrzydowskiego.

DJ: Jak rozumiem, nowy wizerunek, te długie siwe włosy to przygotowanie do roli?
PP: W pewnym sensie tak. Staram się do niego upodobnić…

DJ: …by znowu ukryć swoją bogatą osobowość za postacią… Budujące jest, że w taki wielowymiarowy sposób promuje się historię w Kalwarii i jej okolicach, miejscach tak bliskich Karolowi Wojtyle. Za dzisiejszą rozmowę, ale też za ważne spotkania na polu zawodowym przy tej okazji dziękuję.

 

Newsletter

Zapisz się
do góry