Człowiek nie może siebie sam do końca zrozumieć bez Chrystusa. Nie może zrozumieć, ani kim jest, ani jaka jest jego prawdziwa godność, ani jakie jest jego powołanie i ostatecznie przeznaczenie.

Jan Paweł II

12 czerwca 2017 roku spotkał mnie zaszczyt moderowania spotkania, które poprzedziło emisję filmu „Brat naszego Boga” w Kinie Kijów. Centrum w Krakowie, wydarzenia, które zainaugurowało projekt „Jan Paweł II i Brat Albert – apostołowie naszych czasów. VII Małopolskie Dni św. Jana Pawła II”, dofinansowany ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w ramach Programu „Kultura Dostępna”. Było to spotkanie z wyjątkowymi artystami, ludźmi kina i teatru.

Moimi gośćmi byli: wspaniała polska aktorka, pani Grażyna Szapołowska, reżyser światowej sławy, profesor Krzysztof Zanussi oraz znani głównie ze scen Krakowa i Warszawy aktorzy, panowie: Andrzej Róg i Andrzej Deskur. Dziś zapraszam Państwa do lektury najciekawszych fragmentów naszego spotkania.

Głównym tematem rozmowy był film oparty na dramacie Ks. Karola Wojtyły, obraz wyjątkowy, w którym wystąpiło wielu polskich aktorów, w którym pięknie „zagrał” Kraków. Ten wciąż poruszający obraz zachwyca dzięki wspaniałej pracy kostiumografów i scenografów: p. Ewy Braun i p. Grzegorza Piątkowskiego, którzy z pietyzmem odtworzyli autentyczne miejsca, stroje, rekwizyty. Porusza muzyka Wojciecha Kilara, imponuje prowadzenie aktorów i widzów przez reżysera, różnorodność obrazowania, operowanie nastrojem. To na pewno propozycja trudna, wymagająca, bo takie też jest pióro i styl dramaturgiczny Wojtyły. Z odbiorem tego obrazu jest jak z lekturą jednej z moich ulubionych książek, myślę o „Imieniu róży” Umberto Eco: czytelnik musi przebrnąć przez jej pierwszych kilkadziesiąt stron, a widz musi skupić się na pierwszych dwóch, trzech kwadransach, by potem oddać się przyjemności zanurzenia się w fascynującej i mądrej historii.

Dominika Jamrozy, koordynator Sceny Papieskiej w IDMJP2: Ksiądz Karol Wojtyła pisał dramat „Brat naszego Boga” w drugiej połowie lat 40-tych XX wieku. Po 1978 roku „runęła lawina” realizacji scenicznych tego tekstu i innych Jego dramatów. W tym roku, w czerwcu mija 20 lat od czasu, kiedy ekranizacja tego dramatu, obraz w reżyserii naszego wspaniałego gościa, Krzysztofa Zanussiego pojawił się na ekranach polskich i światowych kin. Dlaczego sięgnął Pan właśnie po ten tekst, po ten dramat Karola Wojtyły?

Krzysztof Zanussi, wybitny reżyser, producent, wykładowca akademicki: Najlepiej przywołać tu słowa Edmunda Hillary'ego, który na pytanie: dlaczego wspiął się na Mont Everest, odpowiedział: „Bo on tam był”. Były również okoliczności sprzyjające. Przez wiele lat Włosi i Amerykanie dogadywali się jak ten tekst „ugryźć”. W pewnym momencie miałem być koproducentem tego filmu, a ostatecznie zostałem reżyserem. I żeby było jasne, nikogo „nie wygryzłem”. Po prostu ktoś zrezygnował, bo to było zamierzenie samobójcze. Dlaczego? Ten tekst nie jest tekstem specjalnie sprawnym dramaturgicznie. Mówię to z całą lojalnością dla mojego scenarzysty Karola Wojtyły. To jest tekst młodzieńczy. Nie spróbowany nigdy przez autora na scenie. I to jest niesprawiedliwe. Normalnie, kiedy autor wystawia swoją nową sztukę, uczestniczy w próbach, zmienia tekst, poprawia go, patrzy jak on się układa w ustach aktorów, jaki jest rytm przedstawiania itd. To nie było dane Karolowi Wojtyle, wręcz przeciwnie. Jak mówi często powtarzana legenda, kiedy napisał ten tekst jako dwudziestokilkuletni wikary i zaniósł go do „Tygodnika Powszechnego”. Podobno pani Hanna Malewska przeczytała go, wezwała młodego autora i poradziła, żeby raczej skupił się na pracy duszpasterskiej. I tak zostało do czasu, kiedy Karol Wojtyła został biskupem. Wtedy wspomniana pani Malewska wyciągnęła z szafy tekst, przeczytała do końca i ... podobno poszła do spowiedzi. I słusznie. Ten dramat, może trochę niezgrabny, szczególnie w pierwszej części, jest ostatecznie niebywale głęboki. Sięga horyzontem tam, gdzie nikt z katolickich pisarzy powojennych nie sięgał. Tu jest przeciwstawienie chrześcijaństwa i marksizmu, widziane z perspektywy młodego księdza Karola Wojtyły, który jeszcze podczas studiów we Francji otarł się o tzw. księży robotników. Wojtyła „wprowadził” w tym dramacie również postać Lenina – w tekście Nieznajomego. I to też jest coś niezwykłego, przyszły Papież pisał dialogi Leninowi. Dla mnie także to był motyw, impuls, dla którego warto było ten film kiedyś zrobić i to Państwu przedstawiać także dzisiaj.

(…) Ważne są również wątki autobiograficzne Karola Wojtyły: rozterka młodego człowieka, który wie, że ma pewien spory potencjał, jako poeta, dramaturg, aktor, i decyduje się zostać kapłanem. (…) On ten dramat wyboru przypisuje Adamowi Chmielowskiemu, ale to jest również jego dramat.

(…) Pamiętam, że Jan Paweł II z zakłopotaniem przyjął wieść, że chcemy zrealizować ten film. Potem, kiedy odbyła się pierwsza projekcja w Castel Gandolfo, byłem ogromnie zdenerwowany, zbeształ mnie i powiedział: „Czym się Pan denerwuje? Pan tyle filmów zrobił. Dla Pana to nie ma znaczenia, ale dla mnie to straszne ryzyko, czy to się w ogóle da oglądać”. Państwo ocenią czy to się da oglądać. Nie był to film, który przeżył jakiś olbrzymi sukces kasowy, ale jeżeli się Państwo wsłuchają w ten trudny tekst, który tutaj pada po angielsku, bo ten film był adresowany do świata, nie tylko do Polaków, to sądzę, że dojdziecie również do wniosku, że warto.

Chciałbym kilka zdań powiedzieć o aktorach. Pan Andrzej Deskur gra młodego Adama Chmielowskiego. To jest właściwie małe pojawienie, w prologu filmu. To jest dopisana przez nas klamra, żeby widz zagraniczny cokolwiek z tego filmu zrozumiał: co się stało z Adamem Chmielowskim? Czym była rosyjska okupacja, zabór rosyjski, powstanie 1863 roku? W jakich okolicznościach stracił nogę? Pada parę słów na ten temat w samej sztuce. Dla kina trzeba to było jednak pokazać. Pan Deskur nie tylko bohatersko spada z konia, potem nim przywalony, co moim zdaniem zrobił jako aktor bardzo przekonywująco. Potem pojawia się w momencie, kiedy traci nogę. I tutaj trochę się przed Państwem wytłumaczę. Moi koledzy filmowcy z ekipy przygotowali dla mnie scenę ucinania owej nogi i tak to dobrze zrobili, że nie powstrzymałem sie i wszystko to ... sfilmowałem. To dosyć makabryczna scena. Może trzeba ją było zrobić bardziej powściągliwie. (...) Dla Adama Chmielowskiego to przeżycie, to okaleczenie było szalenie ważne. (...) To też był jakiś przełom w życiu.

Pan Andrzej Róg gra rolę, którą bardzo wiele osób zauważa, chociaż aktor nie wypowiada ani jednego słowa, ale patrzy. On symbolizuje ten drugi świat. W nim ma się odbijać twarz Chrystusa. Ważne jest również zdanie, które pada, kiedy Adam-bohater rozmawiając sam ze sobą stawia sobie jako chrześcijaninowi wymagania, by dostrzec twarz Chrystusa w każdym z tych najnędzniejszych żebraków, których spotyka, chociaż ci żebracy są okropni, odpychający.

I to jest wielkie proszę Państwa u Wojtyły, że nie opowiada nam karmelkowej historii (...). Zobaczycie – to także pokazaliśmy w filmie - ci, którzy korzystają z dobroci Brata Alberta, często go poniżają, są wobec niego wrodzy, podejrzliwi. To jest głębokie spojrzenie na całą tragedię człowieka. Trzeba mieć serce i kochać tych, którzy na tę miłość nie zasługują, bo na miłość się nie zasługuje. To jest bardzo ważne przesłanie i bardzo rzadkie u katolickich pisarzy. To mi się również wydawało bardzo ważne i chciałem to pokazać w tym obrazie, który stał się też częścią mojego życia. Jestem nim ciągle bardzo przejęty.

(...) Pani Grażyna Szapołowska zagrała w tym filmie heroicznie. Zapytałem ją przed chwilą czy mogę o tym opowiadać, otrzymałem zgodę. Pani Szapołowska przeżyła wcześniej ciężki wypadek. Odmawiała mi. Mówiła, że nie może zagrać, bo nie jest w stanie chodzić. A ja przekonywałem: tam jest tak mało chodzenia, właściwie jeden raz i tylko trzy kroki. I udało się Panią Szapołowską namówić. Wiem, że te sceny były zagrane z wielkim bólem, ale nie zobaczycie Państwo tego na ekranie.

Grażyna Szapołowska (w filmie kreuje postać Pani Heleny [Modrzejewskiej]): Bo aktorstwo to takie piękne oszukiwanie. Chciałam podziękować Panu Krzysztofowi za tę rolę. Miałam rzeczywiście paskudny wypadek, chodziłam o kulach i zdawało się, że z tymi kulami się nigdy nie rozstanę, a tu tej rangi reżyser proponuje mi rolę Heleny Modrzejewskiej i jeszcze w filmie ze scenariuszem Jana Pawła II. (…)

Podzielę się z Państwem pewnym wspomnieniem. Spotkaliśmy się z papieżem Janem Pawłem II na oficjalnej premierze tutaj w Krakowie. Uczestniczyliśmy w zamkniętej audiencji, dla małego grona. Byliśmy wtedy bardzo zdenerwowani. Krzysztof Zanussi mówił do nas, tuż przed spotkaniem, to pamiętam: „Proszę się nie denerwować. To jest normalny człowiek. Trzeba mu podać rękę, nie trzeba klękać…” Czekamy wszyscy. Ja sobie układam to wszystko w głowie. Otwierają się drzwi, wchodzi kardynał Dziwisz, a za nim pojawia się nasz Papież. I w tym momencie reżyser … pierwszy klęka. Zaskoczenie. Spotkanie z Ojcem Świętym - niesamowite.

Jest jeszcze związana z tym filmem druga historia, zadziwiająca, ponieważ Scott Wilson (w filmie gra Brata Alberta) miał schowany pod marynarką scenariusz. Kiedy zbliżył się do Jana Pawła II wyjął ten scenariusz i poprosił Go o autograf, a wiadomo, że w dyplomatycznym protokole Papież nie może podpisywać się na przypadkowym dokumencie, kartce papieru. (...) Papież poprosił o swoje wieczne pióro i złożył autograf na tym scenariuszu. Bezcenna pamiątka. (...)

Krzysztof Zanussi: Muszę coś jeszcze dopowiedzieć. (...) Prapremiera filmu odbyła się w Castel Gandolfo. Papież obejrzawszy Scotta Wilsona na ekranie powiedział do niego: „Ja tyle lat wyobrażałem sobie swojego bohatera. Wystarczyło półtorej godziny z Pana twarzą na ekranie, a ja już go sobie inaczej nie potrafię wyobrazić”. (...) Sądzę, że to jest bardzo dobry wykonawca tej roli. I tu jest jeszcze jedna ciekawostka obsadowa. Przyjrzyjcie się Państwo - szczególnie zachęcam młodych widzów - aktorowi, który występuje w filmie jako Maks, Maksymilian Gierymski. To aktor, który dziś ma w swoim dorobku dwa Oscary, znany jest dzięki filmom Tarantino i jest światową gwiazdą. W tym filmie zaangażowałem go po raz drugi. Po raz pierwszy zagrał u mnie w filmie o Maksymilianie Kolbe. Mówię oczywiście o austriackim aktorze - Christoferze Waltz'u. (...)

Jest jeszcze jeden wątek, który może warto tu przywołać. Miałem okazję także później spotkać Jana Pawła II. Opowiedziałem mu coś, co usłyszałem jako historię Róży Luxemburg. Papież ujął ją w swoim dramacie. W jego tekście Lenin, który uważa się za przywódcę tej klasy robotniczej, która ma się zbuntować, odwołuje się do nienawiści, do gniewu, nawołuje ludzi do walki, nie do miłości. Jest tam również moment, w którym Brat Albert mówi, że robiąc coś dla tych ludzi, dla tych biedaków, musi się z nimi utożsamić, być jednym z nich. A Lenin mówi: „Ja nie muszę. Ja ich poprowadzę do zwycięstwa, ale nie mam powodu się z nimi utożsamiać”. Róża Luxemburg, polska komunistka, uważana za marksistowską świętą, oddała życie za sprawę robotniczą - została zabita z powodu swojej działalności na rzecz rewolucji komunistycznej, kiedy wyprowadzała się z Kreutzbergu - biednej dzielnicy Berlina - powiedziała: „Ja mogę oddać życie za robotników, ale mieszkać z nimi razem, to jest za dużo jak dla mnie”. Moim zdaniem była szczera. (...) A chrześcijanin nie dość, że ma działać na rzecz jednego, pokrzywdzonego to jeszcze do tego musi w nim odnajdować twarz Chrystusa, bo bez tego każda dobroczynność jest jałowa. I to jest moim zdaniem bardzo głębokie przesłanie, które Jan Paweł II jako młody autor w tej historii zawarł.

Andrzej Róg (rola Żebraka): Chciałbym to nieco rozszerzyć. Pan Profesor tutaj powiedział, że Jan Paweł II jako Karol Wojtyła jako młody poeta, dramaturg opisał tu swoje przeżycie. Jakie to jest przeżywanie? To jest przeżywanie młodego poety, aktora Teatru Rapsodycznego, który przechodzi z pozycji człowieka patrzącego i urządzającego swoje życie według praw pragmatyki na pozycję mistyczną, czyli człowieka, który decyduje się na dialog ze Stwórcą. Ten dialog mistyka to jest odpowiadanie własnymi czynami na zdarzenia, które dzieją się wokół nas tu i teraz. (...) Jest taki wiersz Karola Wojtyły z czasów młodości, pt. „Dla towarzyszów drogi”. I jest tam taka fraza, że jeżeli skupiamy się na jakimś temacie to jest on coraz wyraźniejszy i zaczyna ciążyć, że to nie jest takie łatwe, żeby zdecydować się na poświęcenie dla drugiego człowieka. Miłość to nie jest nic innego jak gotowość do poświęcenia. W tym wierszu owa fraza kończy się: „pamiętaj, że masz ten obraz w sobie udźwignąć i że się cały zamieniasz w tę treść”. I to przypomina mi też moje doświadczenie, kontakt z Janem Pawłem II. Przesłałem mu kiedyś scenariusz „Krakusa” C.K. Norwida z Jego wierszami wplecionymi jako pieśni. Otrzymałem również – chwalę się tym - autograf Jana Pawła II na tym moim scenariuszu. On powiedział tak: „To jest to, ponieważ mając piętnaście lat zaczytywałem się w Norwidzie”. Mówię to dziś, ponieważ na widowni widzę setki młodzieży, która jeszcze czasem czyta. Krakus był „idolem” młodego Karola. Był postacią, w której On widział siebie w przyszłości. A Krakus Norwida to człowiek, który zdecydował się na poświęcenie dla innych ludzi. Przypomina mi się powiedzenie Ojca Świętego, że wielcy rodzą wielkich. Otóż tak! Ta lektura młodego Wojtyły w Niego się „wcieliła”. To wymagało przewartościowania. To przewartościowanie mądry psycholog, pan profesor Kazimierz Dąbrowski nazwał dezintegracją pozytywną. Otóż pamiętajcie drodzy młodzi, że właśnie wchodzicie w etap życia, w którym, co jakiś czas, będziecie musieli przechodzić takie przewartościowanie. Gorzej jest jeśli człowiek nie przechodzi takich ciężkich, trudnych chwil. Gdy człowiek musi zburzyć te swoje poukładane klocki, żeby postawić je na innym fundamencie, to są właśnie momenty, o których opowiada ten film. Adam Chmielowski jako pragmatyk, malarz musi w pewnym momencie zburzyć wizję swojego życia, żeby ją spróbować od nowa zbudować na fundamencie mistycznym, jako Brat Albert. To jest warunek rozwoju i tego wam życzę.

Andrzej Deskur (w filmie młody Adam Chmielowski): Po takich słowach trudno coś dodać, ale może ja odwołam się do moich wspomnień, wówczas młodego człowieka, który właściwie debiutował na kinowym ekranie. Mam inny nos niż aktor, który grał rolę Brata Alberta. Moje poświęcenie polegało również na tym, że ten nos trzeba było mi każdego dnia doklejać. (…) Dobrze zapamiętałem też wspomnianą scenę obcinania nogi. Owa kuchnia filmowa polegała na tym, że efekt tryskającej krwi uzyskany był dzięki poświęceniu jednego z panów z obsługi technicznej, który siedział pod stołem i pompką tę krew pompował. Myślę, że w filmach Tarantino to się tak do tej pory robi. Nie wszystko zastąpi grafika komputerowa. To bardzo ważna praca całej obsługi planu. Było dość zimno na zdjęciach (…), ale wspominam te kilka dni zdjęciowych bardzo dobrze.

Andrzej Róg: Była wtedy sroga zima. Pamiętam, że kiedy kręciliśmy sekwencje z moim Żebrakiem, na zewnątrz panowała temperatura -25 stopni Celsjusza. Myślę, że to pomogło mi się wczuć w sytuację tego bezdomnego.

Krzysztof Zanussi: Zobaczycie Państwo parę buchającą z ust aktorów. To nie jest żaden trik, to jest prawda. Proszę Państwa jest coś fascynującego w historii Brata Alberta. Będąc człowiekiem sukcesu, wybrał swoje prawdziwe powołanie. To w zasadzie wyglądało, miało taki wyraz jaki ma schizofrenia. I tak to Karol Wojtyła opisał. I moim zdaniem to jest najlepsza część filmu od strony dramaturgicznej. Ten monolog, wypowiedź zwrócona do Żebraka, kiedy w Bracie Albercie są jakby dwie osoby, które ze sobą walczą. I po przejściu tego progu, kiedy Adam zdecydował się, że już nie jest człowiekiem salonu, malarzem, tylko sługą tych najbiedniejszych, już nigdy więcej to rozdwojenie nie wróciło. Brat Albert do końca życia był człowiekiem sprawnym, mimo, że spotykały go niebywałe ciosy, a on to znosił z męstwem, z ogromną siłą wewnętrzną, czyli, że to wszystko było na tyle uwarunkowane jego niepewnością, że kiedy ta niepewność zniknęła, zniknęło całe rozedrganie. Stał się zupełnie dobrze funkcjonującym człowiekiem. Też jest to dla mnie ciekawa nauka.

A jeśli chodzi o zimę, to pamiętam, zobaczycie to Państwo, wytyczyliśmy na Rynku drogę, której nigdy nie było i nie ma. W głębokim śniegu ustawiliśmy rząd latarni, jak gdyby była tam jakaś ulica przecinająca Rynek. Darujcie krakowiacy. Oczywiście takich drobiazgów w tym filmie jest więcej. Grają także Bielany krakowskie, które także są jedną z najpiękniejszych lokacji, są Sukiennice, też ładne do pokazania, tam właśnie się pojawia pani Modrzejewska. Natomiast w tekście dodanym, tym na początku, jest kawałek wspomnień samego Adama Chmielowskiego. Wydawało mi się też, że te wspomnienia są zadziwiające, bo on pisze o utracie nogi, o swoim wypadku i o tym, że był tak przejęty, że może umrzeć, że z radością przyjął perspektywę spowiedzi i ostatniego namaszczenia. Wszakże kiedy przyszedł ksiądz, by go wyspowiadać, ale ponieważ był otyły i odrażający, to Chmielowskiemu się odechciało. Jeżeli w ustach przyszłego świętego znalazło się takie spostrzeżenie, to pomyślałem, ja sobie tego nie daruję, to musi być w filmie. (...) To taka wielka słabość ludzka, bowiem wygląd kapłana, jego osoba nie ma nic wspólnego z jego kompetencją jako szafarza sakramentów, ale rozróżnić, to co w człowieku święte, od tego co w człowieku ludzkie, niezgrabne, brzydkie, to właśnie jest już pewien poziom duchowości, do którego trzeba urosnąć. Wiem, jak wielu ludzi odstręczyła od wiary jakaś głupia przygoda z jakimś marnym sługą bożym. (...) Jest wielu marnych księży, marnych chrześcijan i to nie ma nic wspólnego z ideałem, do którego chrześcijaństwo prowadzi. Wydaje mi się, ze to jest szczegół warty zauważenia, bo tu Wojtyła miał trzeźwe spojrzenie na ludzką słabość, na ludzką niedoskonałość, na to, że człowiek nie jest reprezentantem godnym tej wiary, którą przyjął.

Dominika Jamrozy: Chcę odwołać się do słów Kapłana Karola Wojtyły o Bracie Albercie, nawiązać do tego, o czym przed chwilą mówił także pan Andrzej Róg. W jednej ze swoich homilii Ks. Biskup Wojtyła (Igołomia, 22 stycznia 1967 r.) porównał życie Brata Alberta do trzech godzin ewangelicznych: pierwsza dotyczyła okresu młodości, studiów na Puławach, udziału w powstaniu styczniowym, druga - obejmowała czas aktywnej twórczości malarskiej, studiów w Monachium, licznych podróży i wreszcie trzecia: wtedy, kiedy Bóg wezwał Chmielowskiego, by ten poszedł za Nim, wtedy, kiedy artysta-malarz odkrył swoje prawdziwe powołanie, ale to doświadczenie było bardzo bolesne. Godne przywołania są moim zdaniem również słowa ks. Karola Wojtyła wypowiedziane w krakowskim Kościele OO. Karmelitów Bosych dziewięć lat wcześniej (23 listopada 1958 r.): „Umarł Adam Chmielowski, a narodził się Brat Albert”. Jakże piękna i trafna parafraza wersu z „Dziadów” Adama Mickiewicza. Nie byłabym sobą, gdybym nie podziękowała Panu Krzysztofowi Zanussiemu za wpisanie w ten film polskiej rzeczywistości teatralnej 2. połowy XX wieku. A to zabieg nieprzypadkowy, widzimy to w prologu. Państwo z pewnością to zauważycie. Pierwsza scena, pierwsze ujęcia filmu rozgrywają się w garderobach i na scenicznym zapleczu Teatru im. J. Słowackiego w Krakowie. To nawiązanie do prapremiery światowej dramatu „Brat naszego Boga”, która miała miejsce właśnie w tym teatrze, 13 grudnia 1980 roku. Był to spektakl w reżyserii Krystyny Skuszanki, z muzyką Krzysztofa Pendereckiego (...)

Andrzej Róg: Pani Dominika, przypomniała mi jeszcze jedną frazę z Karola Wojtyły. (...) Myślę o wierszu, w którym autor przypomina sobie swoją wczesną młodość. Wiersz nosi tytuł „Myśli człowieka przyjmującego sakrament bierzmowania w pewnej podgórskiej wsi”. I tam jest postawione to właśnie pytanie: „Jakże się mam narodzić? Czy pójdę światłem płynącym jak górski nurt a będę mówił wyschło łożysko potoku i nagle się potknę”. I tam jest kwestia czy iść na dół z nurtem, czy iść do góry pod prąd (...) Po 60. latach Jan Paweł II sam kończy tę myśl w „Tryptyku rzymskim”: „jeśli chcesz znaleźć źródło musisz iść do góry, pod prąd, szukaj, przedzieraj się, nie ustępuj”.

Andrzej Deskur: Pięknie, że przypomniałeś te słowa. Myślę, że w tym świecie, który nas otacza, w świecie egocentryków, ważne jest to, by być dla drugiego człowieka. Brat Albert zobaczył, że ten drugi człowiek jest najważniejszy, że jest, tuż obok.

Grażyna Szapołowska: Powiem jeszcze taką rzecz, kiedy spotkałam pierwszy raz pana Krzysztofa Kieślowskiego, on mnie wypytywał o moje uczucia, o moje przyjaźnie. Czułam się jak na egzaminie. (...) I to on nauczył mnie tego, uświadomił mi, że tak na prawdę ciekawość drugiego człowieka jest najważniejsza, właśnie dlatego, że jest inny, że inaczej myśli, że inaczej czuje zapachy, je inne jedzenie, inaczej się spowiada... I właśnie ta ciekawość powinna nas uskrzydlać, bo jesteśmy bogatsi właśnie o tę inność i różnorodność. Bo gdybyśmy wszyscy byli tacy sami, jakże by to było okrutne. Jeżeli ktoś nam się wydaje zły albo nieodpowiednio się zachowuje, to trzeba się zastanowić: dlaczego tak jest i być bogatszym o to i szanować fakt, że ktoś może inaczej myśleć i postępować inaczej niż my. I tego nauczył mnie Krzysztof Kieślowski i Krzysztof Zanussi tu siedzący.

Krzysztof Zanussi: Dziękuję. Chciałbym się upomnieć o jeszcze jednego twórcę filmu, nieobecnego, myślę o śp. Wojciechu Kilarze. Wojciech jest autorem muzyki do tego filmu, wszystkich moich filmów, wielu moich wspaniałych kolegów, także z Hollywood. Wiem, że do tej muzyki bardzo się przyłożył, zależało mu, by była ona na miarę tego tekstu. Mam nadzieję, że Państwo ją docenią. Później już Wojciech Kilar napisał Mszę „Missa Pro Pace” i tę wykonano w obecności Jana Pawła II. Jan Paweł uścisnął go wtedy mocno, on był tym szalenie przejęty. To było ich ostatnie spotkanie. Niedługo później odszedł Jan Paweł, a potem Wojciech. Zmarł trzy lata temu. Wojciech Kilar był człowiekiem bardzo wierzącym, a jednocześnie kochającym życie (...) Był bogatym człowiekiem, ale bardzo dużo przeznaczał na dobroczynność, czego się wstydził. W domu za jego życia nie wolno było o tym wspominać.

Dominika Jamrozy: Wiem, że pan Krzysztof Zanussi także należy do takich osób...

Krzysztof Zanussi: ... i podobnie jak pan Kilar proszę, by o tym nie mówić publicznie.

Dominika Jamrozy: Jak Pan sobie życzy. W swojej książce pt. „Strategie życia” – znakomitym poradniku życiowym, który czyta się jednym tchem, o uroczym podtytule: „jak zjeść ciastko i je mieć”, Pan Krzysztof Zanussi wypowiada takie zdanie: „Gust się przez lata wyrabia poprzez obcowanie z prawdziwymi dziełami sztuki”. Dziękuję Panu, Państwu za ten obraz, za film „Brat naszego Boga”, który moim zdaniem takim prawdziwym dziełem sztuki właśnie jest. Uważam, że mimo upływu lat, jest wciąż pięknym, mądrym i poruszającym obrazem. Bardzo Państwu dziękuję za obdarowanie nas swoją wrażliwością, wiedzą, wspomnieniami, a Państwa - widzów zapraszam do obejrzenia, do oglądania tego obrazu.

Redakcja i wybór: Dominika Jamrozy (koordynator Sceny Papieskiej IDMJP2)

Newsletter

Zapisz się
do góry