Wczoraj w Teatrze Telewizji obejrzeliśmy premierę: „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego w reżyserii Wawrzyńca Kostrzewskiego. To kolejna propozycja interpretacji tego ważnego dla Polaków tekstu, po spektaklach zrealizowanych dla Teatru TV, m.in. przez Lidię Zamkow czy Adama Hanuszkiewicza. W pamięci wielu zapisało się przedstawienie oraz film w reżyserii Andrzeja Wajdy, pozostają „punktem odniesienia”.

Dzieło Wyspiańskiego, którego premiera w inscenizacji autora dramatu odbyła się w Teatrze Miejskim w Krakowie 16 marca 1901 r., zaprezentowane zostało wczoraj z okazji 150-lecia urodzin polskiego wizjonera teatru.

Wiemy, że premiera „Wesela”, ta sprzed prawie 118 laty, odbiła się szerokim echem w prasie krakowskiej, że wysoko ocenił je, m.in. poważany wówczas krytyk Feliks Koneczny. Wiemy, że w „Weselu”, z którym zmierzyło się wielu, a najwybitniejsze realizacje zapisały się na kartach historii teatru polskiego, Wyspiański sportretował sobie współczesnych. Ba, któż z miłośników pióra Tadeusza Boya-Żeleńskiego nie zna „Plotki o Weselu”… Odkrywczym nie będzie również stwierdzenie, że tekst ten przez lata nie traci na aktualności w portretowaniu naszych narodowych przywar i zalet.

Propozycja Warzyńca Kostrzewskiego jest ze wszech miar godna rekomendacji. Reżyser i jednocześnie autor scenariusza z pokorą pochylił się nad tekstem dramatu, choć zdecydował się na spore skróty, dotyczące scen obyczajowo-realistycznych. Zasadniczy przekaz spektaklu oparł na II akcie dramatu. Mój podziw budzi fakt, że reżyser nie uwspółcześnił dramatu Wyspiańskiego miałkimi intelektualnie, formalnymi zabiegami inscenizacyjnymi. Dziś, taką postawę, reprezentują tylko odważni twórcy!

Wczorajszego wieczoru obejrzeliśmy wyjątkowy spektakl. Stało się tak dzięki szacunkowi reżysera do myśli autora, do litery tekstu, dzięki pięknu podawanego słowa, dzięki próbie wielkiego aktorstwa. Nie sposób wymienić wszystkich występujących artystów. W mojej pamięci zapisały się role: Dominiki Kluźniak (Gospodyni), Haliny Łabonarskiej (Chochoła), Olgi Sarzyńskiej (Racheli, jakże innej, współczesnej), Agnieszki Suchory (Radczyni), Piotra Adamczyka (Poety), Mariusza Bonaszewskiego (Stańczyka), Przemysława Bluszcza (Rycerza Czarnego), Piotra Cyrwusa (Ojca), Michała Czarneckiego (znakomitego Czepca), Adama Ferency (Dziada/Upiora – genialne kreacje), Piotra Ligienzy (Pana Młodego), Grzegorz Małeckiego (Gospodarza), Daniela Olbrychskiego (Wernyhory), Mariana Opani (Hetmana), Tomasza Schuchardta (Dziennikarza).

Reżyser oraz autorka scenografii i kostiumów, Katarzyna Nesteruk, swoją wizję zbudowali na skrótach i znakach (np. poprzez odwołanie się do poruszających nas, Polaków pomników-symboli czy ludowej estetyki). Potraktowali widza z szacunkiem, odwołując się do jego inteligencji, nie narzucają mu swojej „jedynie słusznej wizji”. Muzyka oraz choreografia stały się dopełnieniem tej spójnej koncepcji.

Spektakl trwa niespełna dwie godziny, po raz kolejny jest próbą podsumowania kondycji nas, współczesnych. Pozostaje smutna konstatacja: nadal - ogarnięci owym „chocholim tańcem” - trwamy, pamiętliwi, zacietrzewieni, szafujący frazesami o konieczności budowania przestrzeni dialogu, a tak bardzo, wewnętrznie skłóceni…

Wciąż pozytywiści nie potrafią „odnaleźć wspólnego języka” z romantykami. To „wewnętrzne pęknięcie” nieustannie nas dzieli.

Jak długo będziemy Jaśkami z „Wesela” Kostrzewskiego? Jaśkami, którzy - jak w tym spektaklu - nie gubią złotego rogu, ale wciąż nie potrafią wybrać tego jednego, właściwego… ?

Dominika Jamrozy